
Budka Suflera „Było”
Budka Suflera Production
Rok wydania2005

-
Intro 1:04
-
Jaki jest wynik gry
Nie wiem, nie pytaj mnie,
Jak na imię tej grze,
Tego nie wiem już też.
Wczoraj tak było tak,
Nie znaczyło zaś nie,
Nie mieszało się nam
Czarne z białym co dzień.
Wczoraj niewinni tak,
Dzisiaj pionki w grze,
Wczoraj błękitny wiatr,
Dzisiaj duszny zły sen.
Z drugiej strony mych snów
Wszystko lepszy ma smak,
Bo w powietrzu jest luz
I muzyka wciąż gra.
Za ostatni grosz
Kupię dziś chociaż cień
Tamtych dni.
Za ostatni grosz
Wino z zielonych lat
Chcę znów pić.
Kiedy zaczął się wić
Kręty, pochyły szlak,
Gdzie był pierwszy nasz krok
W rozpadlinę bez dna
Gdy srebrników garść
Przekonała nas, że
Kiedy dają, to brać,
Każdy głupi to wie.
Bilans zysków i strat,
Prowadzimy od lat,
Nie ma czego w nim kryć,
Nie ma czego się bać.
Skąd więc na lustra dnie,
Z progu każdego dnia
Wita cię najpierw wstręt,
Potem brat jego strach. -
Tyle dni, które kochasz
W sercu tyle miejsc, które znasz
Tyle kłamstw i miłości
Wielkiej jak ten mur, co dzieli nas.
Chodź…
Zmysłów rozpal mrok
Zanim je zniszczy czas
I żeby znowu grał
Zapałki w oknie blask
Chodź…
Nie pomylić dróg
Czy warto któż to wie
Chodź…
I nie mówmy już
Co między nami jest
…To ogrody wirują znów
Chodź…
Podaj jasną dłoń
Czy warto, sama wiesz
…To ogrody wirują latem
Ponad ziemią tęczowy sad
Tyle dni, które widzisz
Ponad cieniem snu, jaki znasz
Tyle w nas słońca promieni
Ile każdy świt ocali w nas
Tyle dni, które kochasz
W sercu tyle miejsc, które znasz
Tyle kłamstw i miłości
Wielkiej jak ten mur, co dzieli nas. -
Ten wielki, biały demon,
Ta białopióra mgła,
Wciągnęła mnie w głąb siebie kiedyś i trwa!
W tym cały zaplątany
Jak włosy lore lay
Rozbijam się o ściany domu wśród dnia!
I może kiedyś wyjdę
Na jej słoneczny brzeg,
W kobiercu barw będę brodzić,
Co wciąż mienią się, mienią się!
Na razie iść, muszę iść, ledwo iść przez świat
Nim zerwę tę serca mgłę, dusi mnie od lat,
Pomoże mi może ktoś znaleźć bieli kres
By zechciał tę rękę wziąć, wyciągnięta jest! (2x)
Pomoże mi znaleźć ktoś bieli kres?
I naprawić świat będę chciał -
Szarość dnia
Wczorajszy dzień
Jak w hotelu się znalazłem, co się stało
Bez pytania wiem
Drżenie rąk
Poranny strach
To jest kara, obowiązek, może zwyczaj
Ja już nie wiem sam
Tysiąc obietnic minionych
Sto, sto różnych spraw
Nieskończonych
Słabość precz
Robić to chcę
Dla was wszystkich, dla muzyki, za pieniądze
Musi udać się
Hałas tłumu, krew żywiej tętni
Inne sprawy są obojętne
Tak, czy tak dogram to do końca
Wszyscy wyjść
Cisza w krąg
To mój azyl, ma modlitwa, garderoba
Czy już wszyscy są?
Tak wiele chwil najważniejszych
Cały, cały mój zgiełk najwierniejszy
Kochana ma, wiedzieć chcę
Jak mam szukać i co robić
By na górze móc utrzymać się
Hałas tłumu, krew żywiej tętni
Inne sprawy są obojętne
Tak, czy tak dogram to do końca
-
Myśli wychodzą z cienia
Coś w człowieku się zmienia
I powracam z wyprawy na słoneczny ląd
Oto znowu dni ruszyły
Serce bije mocno szybko
I nie rzucam ciągle słowa
Słowa sens tylko znowu
Biec przez tłoczne chcę ulice
Zwykłym życiem się zachwycę
Bo widziałem jak wygląda
Jak wygląda mroczny brzeg
Tyko w porze wieczornej
Bluesa koniem szalonym
Na wyprawy się wypuszczam
Gdzie bywałem już -
Co ja tu robię, co przygnało mnie tu,
W fioletowym amoku kołysze się tłum,
Wargi do warg, elity bal, jest cudnie.
Królowie srebra wyskoczyli na ring,
Żony w domu zostały nie licząc na nic,
Oczy ich są codziennie bardziej smutne…
Ten co kapelę swoją spuścił na psy
Dawno umarł, lecz o tym nie powiedział mu nikt,
Przed domem merc w hamburgu gdzieś skradziony.
Jego audycji słucha kalisz i świat,
Przyszedł dziś z wokalistką, potem pójdzie z nią sp
W radiu da cynk, że głos jej wart miliony.
Giganci tańczą, ultrafiolet wydobywa biel,
Giganci tańczą, każdy w sobie zakochany jest,
Rekiny disco pływające w lunatyka śnie,
Na bramce pan bóg, za pieniądze też go możesz mieć!
Już komandosi seksu wyszli na front,
Wylądował ich desant, oliwią już broń,
Nie będą tu do rana tkwić bezczynnie.
Ruda modliszka właśnie spływa za bar,
Uśmiech jak do kamery, to gwiazda gwiazd,
Ale to sen – jutro do kielc gościnnie.
Ten facet od godziny przedrzeźnia mnie,
Małpuje każdy mój grymas, każdy mój gest,
Biję go w nos, sypie się szkło – to lustro…
Co ja tu robię, co przygnało mnie tu,
Jak złapany stop-klatką zatrzymał się tłum,
Umiera bal, elity bal, jak pusto…
Giganci tańczą, ultrafiolet wydobywa biel,
Giganci tańczą, każdy w sobie zakochany jest,
Rekiny disco pływające w lunatyka śnie,
Na bramce pan bóg, za pieniądze też go możesz mieć! -
Jest pejzaż z kryształu, a od gór pędzą konie
Zbroje błyszczą, dzwoni stal
To błędni rycerze są tu…
Jest pejzaż z kryształu, a od gór pędzą konie
Zbroje błyszczą…
Dewiza ich: „W straconej trzeba walczyć sprawie”
Marzeniem żyć ich zdaniem najciekawiej
Potężnym strach, nam zawsze niosą pokrzepienie
I już blisko są, nad miasto kładą się ich cienie
Na tarczach godła i kity pióropuszy…
To jest lepszy świat, który w swoich ramach trwa
Miło spojrzeć nań tak w ciągu dnia
Czasem błyśnie myśl: rzucić wszystko, z nimi iść
Na wędrówkę na odwieczny szlak
Dewizę mieć: „W straconej trzeba walczyć sprawie”
Marzeniem żyć tak przecież najciekawiej
Potężnym strach dać, maluczkim dawać pokrzepienie
Wciąż naprzód iść i nie mieć czasu na zmęczenie
Wyszczerbić miecz, lecz czyste mieć sumienie
To jest lepszy świat, który w swoich ramach trwa
Miło spojrzeć nań tak w ciągu dnia
Czasem błyśnie myśl: rzucić wszystko, z nimi iść
Na wędrówkę na odwieczny szlak
I naprawić świat, i naprawić świat, i naprawić świat będę chciał
I naprawić świat będę chciał
I naprawić świat będę chciał -
Jest pieśń jak żagiel gwiezdny napój
Wielkie skrzydła w wielki wiatr
Dla tych co pełzać w mule nie chcą
Głowa w górze sztywny kark
Jest pieśń jak pomruk zwiastun błyskawic
Sokół pośród stada wron
Tylko niektórzy ją podjąć umieją
Innym gardła dławi strach
Słuchaj
W bezsennych nocach ona gra
Mówię słuchaj
W bezdennym bólu ona trwa
I jej czujesz moc
I wciągnięty raz w nurt
Oszalały biegniesz w nocy
Kiedy inni syci śpią
Mówię popatrz
Jak oni mdłym się ogniem tlą
Mówię słuchaj
Nie daj przez palce ciągnąć dniom
Przez śnieg i przez deszcz
Pieśni sztandar chcesz nieść
Życie mówię musi brzmieć
Tak jak wielki piękny wiersz
Jest pieśń jak żagiel gwiezdny napój
Wielkie skrzydła w wielki wiatr
Żywe pochodnie płyniemy nad czasem
W dróg nieprzetartych dal
W nowe pejzaże ziemi niczyjej
Gdzie nie bywał dotąd nikt
Słuchaj
Jest pieśń jak wilczy w górach zew
Mówię słuchaj
Jak dziko w żyłach szumi krew
Przez śnieg i przez deszcz
Pieśni sztandar chcesz nieść
I zbyt wielkich nie ma czynów
I zbyt wielkich nie ma spraw
Mówię popatrz
Jest pieśń jak żagiel gwiezdny napój
Wielkie skrzydła w wielki wiatr
Dla tych co pełzać w mule nie chcą
Głowa w górze sztywny kark
Jest pieśń jak pomruk zwiastun błyskawic
Sokół pośród stada wron -
Co jest za tą siódmą górą, tam?
Obraz, który czasem śni się nam,
mały chłopiec z piłką bawi się,
nad podwórkiem krąży jego śmiech.
Obraz przeskakuje niby slajd
wiosna, drzewo, ławka, jakiś park.
Chłopiec trochę podrósł, siedzi sam,
stracił pierwszą miłość, żal go nam!
Te obrazy bolą dziwnie tak,
te obrazy z nim,
niespodzianie w oczy pieką jak,
jak gryzący dym
i zgadywać nawet nie chcesz, nie
kim on może być.
Te obrazy prześladują Cię
nie chcesz o nich śnić.
Nic nie boli, tak jak życie,
nic nie boli nas,
to olśnienie i odkrycie,
że przemija czas.
To odkrycie i olśnienie,
że nas będzie brak.
Nic nie boli, jak istnienie,
nic nie boli tak!
I ostatni obraz, który znasz,
w lustrze przegranego chłopca twarz.
Te obrazy dziwnie bolą tak,
te obrazy z nim.
Niespodzianie w oczy pieką jak,
jak gryzący dym
i zgadywać nawet nie chcesz, nie
kim on może być.
Te obrazy prześladują Cię,
nie chcesz o nich śnić
Nic nie boli, tak jak życie,
nic nie boli nas,
to olśnienie i odkrycie,
że przemija czas.
To odkrycie i olśnienie,
że nas będzie brak.
Nic nie boli, jak istnienie,
nic nie boli tak! -
Noc
To jest taki dzień
Który uczy nas spokoju
Nim ogarnie snem
Noc
To ścieżka do twych ust
Święta wojna i godzenie
Bliskich sobie dusz
Noc
Azyl myśli złej
To wyzwanie dla bezdomnych
I bezsilny gniew
Noc
Wielka szansa by
Zauważyć w końcu niebo
Nie żałować chwil
Potajemnie płynie w nas
Krew wolności
Nocy czas
Gdy jednego serca jakby jest za mało
Wędrowania błogi sen
Twoje ciało
Moja krew
Kiedy wiesz już, że nic złego się nie stało
Noc
Trudnych pytań grad
I bolesnych rozmów
Które zniewalają nas
Noc
To tęsknota gdy
Wędrowania nazbyt wiele
A za mało chwil
Tak powoli płynie w nas
Krew wolności
Nocy czas
Gdy jednego serca jakby jest za mało
Wędrowania błogi sen
Twoje ciało
Moja krew
Kiedy wiesz już
Że nic złego się nie stało. -
I po co ten pośpiech, ten nieustanny na oślep bieg,
Na wszystko dokoła stale zachłanny przed siebie pęd?
Od świtu do zmierzchu, nocą do rana rozwarcie ust,
By zawsze móc więcej jeszcze w nie złapać, nim zmieści brzuch.
I po co to ciągłe chciwe liczenie, kto więcej ma
Bez sensu i celu wieczne krążenie jak ćma, jak ćma…
Wielkie nic tobą wykarmione,
Wielkie nic, nawet trochę mniej,
Jakby zero uwieńczone wiankiem zer.
Wielkie nic w siebie zapatrzone,
Potem już dalej cisza,
Bez muzyki przetańczony cały bal.
Wielkie nic skrzętnie uzbierane,
Wielkie nic, choć z pozoru coś,
Wychodzone, wybiegane, piękne dno.
Wielkie nic, w tobie zakochane,
Puste jak oczu twoich blask,
Tyle z tego, tyle z tego w końcu masz,
Tyle z tego masz,
Tyle z tego masz,
Tyle z tego masz!
Czemu to nagle, czemu to wszystko na serio tak?
Bez piłki czy z piłką wciąż na boisku, za faulem faul.
Skąd cała ta sławna siła przebicia, ten dziwny sport,
Czy to jest naprawdę sposób na życie, niech powie ktoś!
Wielkie nic skrzętnie uzbierane,
Wielkie nic, choć z pozoru coś,
Wychodzone, wybiegane, piękne dno.
Wielkie nic, w tobie zakochane,
Puste jak oczu twoich blask,
Tyle z tego, tyle z tego w końcu masz,
Tyle z tego masz,
Tyle z tego masz,
Tyle z tego masz! -
W końcu powiesz im i tak
Jak masz na imię
I nie ważne wcale jest
Kto dzisiaj zginął
Tak jak ptak
Leć by żyć
Tak jak ptak
Leć by żyć
W końcu przyznasz się i tak
Co kochasz szczerze
I nie ważne wcale jest
Czy ktoś uwierzy
Tak jak ptak
Leć by żyć
Tak jak ptak
Leć by żyć
Sam, sam, z bagażem moich lat
Sam, sam, pośród tysiąca spraw
Sam, sam, lecąc wysoko gdzieś
Sam, sam, już nie zatrzymuj się
W końcu dowiesz się i tak
Gdzie koniec drogi
I jak ważne jest czy ktoś
Ktoś chce być z tobą
Tak jak ptak
Leć by żyć
Tak jak ptak
Leć by żyć
Sam, sam, z bagażem moich lat
Sam, sam, pośród tysiąca spraw
Sam, sam, lecąc wysoko gdzieś
Sam, sam, już nie zatrzymuj się... -
Los chyłkiem szedł,
W kołnierz chował twarz,
Jak ruletę toczył dni
Pochyłością lat,
Tężał mroczny wąwóz,
Jak wilgotny mur,
Zmierzch, jak piękno chore,
Ciemne smugi snu.
Patrzeć nie umiem
Przez różowe szkło,
Dokąd tak szedłem,
O co to mi szło?
Kiedy nagły świat
Chłód spowija skronie
Przetrwać mi pozwala
Przetrwać światło
Które dla mnie płonie
Kiedy patrzę w światło
Widzę światło
Które dla mnie płonie
Jak suchy liść,
Jak kapryśny wiatr,
Dokąd tak biegniesz
Uwikłany w świat,
Kiedy nagły świat,
Chłód spowija skronie,
Przetrwać mi pozwala,
Przetrwać światło,
Które dla mnie płonie,
Kiedy patrzę w światło
Widzę światło,
Które dla mnie płonie!
Kiedyś chciałbym dojść już tam
I do szyby przytknąć twarz,
Odnaleźć w środku
Siebie sprzed tych trudnych lat.
-
Łoskot ostatniej z bram
Ostatni niknie przechodzień
W stronę spokojnych mórz
Rusza srebrny żaglowiec
A jeden maszt to jest wiara
A drugi to nadzieja
Zostałem na nabrzeżu
Mnie na pokładzie nie ma
Cudnie prostą melodię
Próbuje mróz na szybach
Za koronkową mgłą
Misterium się rozgrywa
A tutaj na rozdrożu
Samotność wciąż szaleje
I nijak stąd do wiary
I nijak do nadziei
Motyw – złego snu
nogi skuwa lód
zapraszali wszak
– uśmiechnąć się
– wyciągnąć dłoń
– zejść
Żaglował ktoś – sobie tobą
Mówiąc tylko ty – ty i twój rozum
I dryfujesz tak – człowiek bezludny
– prosił wszak
– uśmiechnij się
– wejdź
Przecież musi być stół
I dobre oczy nad stołem
Ulica kręta w dół
I łuna nad kościołem
Dotyk dziwnie znajomy
Coś jak dziecięcy pokój
Jedna dłoń jego to dobroć
Druga dłoń jego to spokój
Przecież musi być stół
I dobre oczy nad stołem
Ulica kręta w dół
I łuna nad kościołem
Cóż tam ten tłum dostrzega
Trwający w zachwyceniu
Coś mówi – spróbuj z nimi
Coś mówi – zostań w cieniu. -
Świat się wokół nas wciąż mniejszy staje,
Kontynenty na odległość dłoni są,
Samoloty jak z dziecinnych bajek,
Ponad głową coraz szybciej niebo tną.
Ludzie wciąż wędrują wielkim, głośnym stadem,
Z pomieszania mowy słychać jeden głos
Zbudowano drugą, większą Wieżę Babel,
Kto pamięta tamtej, pierwszej wieży los?
Świat się kurczy jak przekłuty balon,
Człowiek też maleje szybko razem z nim,
Przerażony swą niewielką skalą,
Coraz bardziej samotnieje w tłumie tym.
Stąd ucieczki nieprzytomne pustą drogą,
Jakby gdzieś coś za zakrętem było tam
I te wiersze napisane dla nikogo,
I te płótna pełne nostalgicznych plam.
Wieża Babel,
Piękny, choć nieludzki ląd,
Coraz dalej,
Czy to postęp, czy to błąd,
Coraz dalej
Coraz trudniej uciec stąd.
Inne płyty w kategorii Budka Suflerass


Budka Suflera „Przechodniem byłem między wami…”
Polskie Nagrania „Muza” - 1976
Budka Suflera „Czas czekania, czas olśnienia”
Polton - 1984
Budka Suflera „1974-1984”
Polskie Nagrania „Muza” - 1984
Giganci tańczą
Polskie Nagrania „Muza” - 1986
Budka Suflera „Ratujmy co się da”
Polskie Nagrania „Muza” - 1988
Budka Suflera „Greatest hits”
TA Music - 1992
Budka Suflera „Cisza”
TA Music - 1993
Budka Suflera „Underground”
TA Music - 1994
Budka Suflera „Budka w Operze”
TA Music - 1994
Budka Suflera „Noc”
TA Music - 1995
Budka Suflera „Nic nie boli, tak jak życie”
New Abra - 1997
Budka Suflera „Akustycznie”
New Abra - 1998
Budka Suflera „Greatest Hits II”
New Abra - 1999
Budka Suflera „Antologia 74-99”
New Abra - 1999
Budka Suflera „Live at Carnegie Hall (1)”
New Abra - 2000
Budka Suflera „Live at Carnegie Hall (2)”
New Abra - 2000
Budka Suflera „Bal wszystkich świętych”
New Abra - 2000
Budka Suflera „Mokre oczy”
Pomaton EMI - 2002
Budka Suflera „Jest”
Budka Suflera Production - 2004
Budka Suflera „Zawsze czegoś brak”
Bauer Music - 2009
Budka Suflera „Budka Suflera Collection” Płyty od 11-20
Budka Suflera Production - 2010